Rozmowa z Moniką Skrzetuską z fundacji „Tulipan” o drodze życiowej, resocjalizacji, wypaleniu pracowników socjalnych i sile drugiej szansy.
Choć na co dzień styka się z historiami pełnymi kryzysów, dramatów i ludzkiego cierpienia, Monika Skrzetuska uderza spokojem i autentycznym optymizmem. To nie jest lekkość wynikająca z dystansu – przeciwnie. To energia osoby, która doskonale wie, po co jest w tym miejscu i dlaczego robi to, co robi. Pomaganie innym i praca na styku resocjalizacji oraz wsparcia społecznego od zawsze były jej naturalnym kierunkiem. Już w liceum wiedziała, że właśnie z tą dziedziną zwiąże swoje życie zawodowe.
Kiedy o tym opowiada, ma się poczucie, że nie jest to przypadkowa droga, lecz świadomy wybór – konsekwentnie realizowany mimo przeszkód, systemowych barier i trudnych doświadczeń. Fundacja Tulipan stała się przestrzenią, w której te wartości znalazły realny wymiar, a dziś Monika coraz wyraźniej kieruje swoją uwagę także ku tym, którzy na co dzień niosą pomoc innym – pracownikom socjalnym.
Skąd ta fascynacja? Skąd Tulipan?
Od najmłodszych lat zawsze wiedziałam, co chcę robić. Nie byłam piątkową uczennicą. Zaliczano mnie do grona „trudnej młodzieży”, bo byłam wygadaną uczennicą z dużym temperamentem. W szkole nauczyciele dość często załamywali nade mną ręce: „Boże, co ta Monika tyle gada…”.
Zgadza się – mam dużo energii. Przez wiele lat grałam w piłkę ręczną, bo zawsze potrzebowałam zajęcia, które pozwalałoby mi ją rozładować. Taki charakter. Odkąd pamiętam, kiedy się czegoś uczepiłam, nie odpuszczałam. W pierwszym liceum nie zagrzałam długo miejsca – zostałam z niego usunięta. Moim „przewinieniem” było to, że zadawałam się z towarzystwem, które w oczach nauczycieli było nieakceptowalne. Poszłam do innego liceum. Znałam swoją odpowiedzialność, rozumiałam program, ale nie potrafiłam podporządkować się zasadzie: „jak wszyscy, to wszyscy” albo „skoro autor wiersza tak go interpretuje, to tak jest”. Kiedy przyszedł czas matur, wydawało mi się, że nikt we mnie nie wierzył. Słyszałam: „Monika, nie każdy musi zdać maturę”. Pamiętam, jak odpowiadałam: „Ja ją zdam. Przecież pójdę na studia, bo będę pracować w więzieniu”. Nie zmienia to faktu, że matury próbnej rzeczywiście nie zdałam. Ale się nie poddałam. Niepowodzenie mnie nie łamie – ono mnie mobilizuje. Wtedy też tak było. Razem z moimi „niegrzecznymi” koleżankami uczyłyśmy się bardzo ambitnie i maturę zdałyśmy. Zdałam ją bardzo dobrze, więc sukces był wart wysiłku. Co więcej, każda z moich koleżanek dostała się na studia. Dziś jedna jest adwokatką, a inna ukończyła studia medyczne w Londynie. Jeśli chodzi o mnie – gdy przyszło do wyboru studiów, chciałam iść na psychologię do Poznania, ale rodzice się nie zgodzili. Chcieli mieć mnie blisko siebie.
Jak chciałaś realizować swój pomysł na siebie?
Zaczęłam studiować doradztwo psychospołeczne w Szczecinie . To były trudne studia – ze 120 osób, które je rozpoczęły, do końca dotrwało niecałe 60, ale bardzo dużo się na nich nauczyłam. Później poszłam na studia magisterskie z resocjalizacji, o których zawsze marzyłam.
Właściwie nie wiem, skąd wzięło się to zainteresowanie. Od zawsze lubiłam kryminały, oglądałam program „997”. Pamiętam, jak mama zapytała mnie kiedyś, dlaczego oglądam „takie” rzeczy. Odpowiedziałam jej, że przecież nie może być tak, że wszyscy ludzie pokazywani w tych programach są źli. Moja rodzina nie miała żadnych związków z więziennictwem. Rodzice chcieli, żebym została weterynarzem. Nie do końca rozumieli mój wybór i pewnie szokował ich fakt, że nie żartuję, mówiąc, że będę pracować w „pudle”.
Gdy nadszedł ostatni rok studiów, bardzo solidnie przygotowywałam się do obrony pracy magisterskiej. Jeździłam po zakładach, zbierałam materiały i dane źródłowe, wkładając w to ogrom pracy i zaangażowania. Mój sprzeciw wobec braku szacunku wobec nas – studentów, młodych ludzi pełnych marzeń i planów – sprawił jednak, że nie dostałam możliwości obronienia się na tej uczelni. Było to dla mnie niezwykle trudne doświadczenie, bo obrona miała być przepustką do pracy jako wychowawca w zakładzie karnym. Tak się jednak nie stało. Nie było obrony – nie było pracy.
Jednak na tym historia nie zakończyła się.
Któregoś dnia w poszukiwaniu pracy – zupełnym przypadkiem szłam ulicą Kaszubską w Szczecinie, ze łzami w oczach i CV w ręku, zastanawiając się co teraz? Zatrzymałam się obok Aresztu Śledczego, myśląc, że moje marzenia legły w gruzach. Wtedy zauważyłam obok duży, piękny budynek – okazało się, że to prokuratura. Weszłam do środka, ocierając łzy i próbując przywołać uśmiech. Energicznym krokiem poszłam do sekretariatu i zapytałam, czy nie szukają kogoś do pracy. Pani sekretarka spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem i poprosiła, żebym poczekała. Po długim oczekiwaniu zaproszono mnie na rozmowę z naczelniczką – i tak dostałam pracę. Okazało się, że akurat szukano kogoś na zastępstwo, a ja jej się w sumie podobam i mam wykształcenie. Siedząc wcześniej na korytarzu, pomyślałam, że w gruncie rzeczy prokuratura może być dobrym startem zawodowym. A do tego znajduje się tuż obok aresztu, a widok z okien wychodzi na spacerniak więc jest ok (śmieje się). Po ponad czterech latach pracy w prokuraturze nadszedł moment zakończenia tego etapu. Wiedziałam, że chcę iść dalej, rozwijać się i szukać dalej swojej drogi– choć nie miałam pojęcia, jaka ona będzie. W głowie wciąż miałam jedno pytanie: skoro nie więzienie, to gdzie? Gdzie mogę pracować z byłymi osadzonymi? Zgłosiłam się do Stowarzyszenia POLITES, gdzie zaproponowano mi wolontariat w poradni Monar. Terapeuci umawiali mnie na spotkania z osobami wychodzącymi z zakładów karnych – głównie zmagającymi się z uzależnieniami. Byłam dla nich wsparciem i motywatorką do zmiany. Pewnego dnia powiedziałam do mojego ówczesnego chłopaka, a dziś męża:
– Maciek, wiem, że nie mamy pieniędzy, a ja pracy i że może to brzmieć jak fanaberia, ale chcę założyć fundację, która będzie pomagać byłym skazanym.
– Jeśli to jest twoje marzenie, to po prostu je spełnij – odpowiedział.
Tak zaczęła się historia Tulipana.
Zaczynałam w miejscu, które trudno byłoby nazwać biurem w klasycznym znaczeniu. Ledwo mieściło się tam biurko i jedno krzesło. Moimi jedynymi narzędziami pracy były kartka, długopis i stary telefon, a cała działalność opierała się znacznie bardziej na determinacji niż na jakimkolwiek zapleczu organizacyjnym.
Po pewnym czasie zapytałam kolegę z innej fundacji, czy byłaby możliwość wynajęcia choćby połowy pokoju – za symboliczną opłatą, na tyle, na ile było mnie wówczas stać. Zgodził się bez wahania. To był kolejny, pozornie mały krok, ale w rzeczywistości ogromnie ważny. Dzięki temu „Tulipan” zyskał swoją pierwszą, choć bardzo skromną, przestrzeń do działania – miejsce, w którym można było usiąść z drugim człowiekiem, porozmawiać i zacząć realnie pomagać. Do dziś w tym samym budynku działa fundacja i ośrodek Tulipana. Z sentymentu nie potrafię tego miejsca zmienić – wiąże się z nim zbyt wiele wspomnień.
Po roku konsekwentnej pracy i nieustępliwości pojawiły się pierwsze konkretne efekty. Otrzymaliśmy pierwsze dotacje – łącznie 5 tysięcy złotych. To był dla mnie bardzo ważny moment i jasny sygnał, że obrana droga ma sens i warto nią dalej podążać. Był to także dowód na to, że nawet najmniejsze wsparcie, jeśli stoi za nim dobrze przemyślany pomysł i realna potrzeba, może stać się impulsem do dalszego rozwoju.
Pierwszym realizowanym przez nas programem było „Świadectwo”. Wraz z byłymi skazanymi jeździliśmy do szkół, gdzie dzielili się oni swoimi historiami i doświadczeniami, opowiadając młodym ludziom o konsekwencjach własnych wyborów i zachęcając ich do życia zgodnego z prawem. Była to wówczas prawdziwa innowacja – coś zupełnie nowego i odważnego. Cała otrzymana dotacja została przeznaczona na paliwo oraz materiały promocyjne, które pozwalały nam docierać do szkół i prowadzić bezpośrednie działania z młodzieżą. Mimo bardzo ograniczonych środków był to wspaniały, wartościowy program, który pokazał, że sens i jakość projektu nie zależą wyłącznie od budżetu.
Do dziś uważam, że w pracy społecznej kluczowe są pomysł, konsekwencja i upór. Środki finansowe są oczywiście ważne, ale to nie one definiują projekt. Definiuje go działanie – realna odpowiedź na potrzeby, determinacja w realizacji celu oraz ludzie, którzy stoją za ideą. To właśnie te elementy decydują o tym, czy inicjatywa ma szansę przynieść prawdziwą zmianę.
Jak budowaliście rozpoznawalność waszej fundacji?
Pewnego dnia napisałam do Okręgowego Inspektoratu Służby Więziennej w Szczecinie, opisując swój pomysł i ideę, która mi towarzyszyła. W odpowiedzi zostałam zaproszona na spotkanie przez specjalistkę z Inspektoratu, zajmującą się pomocą postpenitencjarną dla wszystkich jednostek penitencjarnych podlegających OISW w Szczecinie.
Opowiedziałam jej o „Tulipanie” i o tym, co chciałam robić. Mój pomysł bardzo jej się spodobał. Okazała mi ogromne wsparcie – była dla mnie i dla całego „Tulipana” prawdziwą trampoliną do dalszego działania. Obecnie jest na emeryturze, ale przez te wszystkie lata byłyśmy bardzo blisko. Edyta była/jest i zawsze będzie dla mnie największym autorytetem i inspiracją zawodową! To właśnie ona dała mi szanse i powiedziała: – Umówię cię na spotkanie z: sędziami, prokuratorami, dyrektorami penitencjarnymi. Powiedz im, co chcesz zrobić.
Dla mnie to był szok. Przed tym spotkaniem stresowałam się ogromnie. Drukowałam ofertę fundacji i rozdawałam ją uczestnikom spotkania. Spotkałam się wtedy nie tylko z życzliwością, ale też z niedowierzaniem i wątpliwościami: „Przecież wiesz, ile osób przychodzi z podobnymi pomysłami…”. A jednak ja nie byłam „jedną z wielu”.
Wkrótce potem udało nam się pozyskać wsparcie z Ministerstwa Sprawiedliwości. Otrzymaliśmy – jak na tamte czasy – dużą jak dla nas – dotację: 60 tysięcy złotych. Zaczęłam zatrudniać ludzi na godziny, znalazłam wolontariuszy i wpadłam na pomysł uruchomienia punktu stacjonarnego dla byłych skazanych i korespondencyjnego dla osób osadzonych. To okazało się prawdziwym przełomem. Wydawaliśmy fortunę na znaczki pocztowe, na każdy list odpowiadaliśmy. Bywały tygodnie, kiedy sama odpisywałam na około sto listów.
Doskonale pamiętam pierwszą osobę skazaną, która przyszła do naszej siedziby. To był Kuba – jeden z pierwszych podopiecznych „Tulipana”. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, a ja kompletnie nie wiedziałam, jak zacząć. Zapytałam, czy chce kawę – odpowiedział, że chętnie. Tłumaczyłam się naszymi warunkami: biurko, krzesło, nic specjalnego, bo dopiero zaczynaliśmy działalność. Powiedziałam mu, że jeśli ma jakiś problem, wszystko zapiszę, potem pójdę, popytam, dowiem się i dam znać, czy da się coś zrobić.
To było niezwykłe doświadczenie – patrzeć, jak Kuba powoli staje na nogi. Niestety później zachorował, ale do tego momentu był z nami cały czas. Pamiętam, jak pewnego dnia przyszedł i powiedział: „Boże, Monika, jak ja dziękuję, że jesteście”.
Rozwijałaś wówczas nie tylko swoją organizację, ale także siebie?
Ukończyłam resocjalizację na innej uczelni, a także kierunki związane z moim zawodem – między innymi kryminologię penitencjarną oraz studia podyplomowe z profilaktyki uzależnień. Konsekwentnie budowałam swoją ścieżkę zawodową, krok po kroku, zgodnie z tym, co było dla mnie naprawdę ważne.
W 2014 roku odebrałam nagrodę Zachodniopomorskiego Lidera Ekonomii Społecznej – wyróżnienie przyznawane przez Marszałka Województwa oraz Wojewodę Zachodniopomorskiego. To był moment szczególny dla mnie i dla Fundacji. Drugą nagrodę odebrała osoba, która wiele lat wcześniej znacząco przyczyniła się do tego, że nie doszło do obrony mojej pracy magisterskiej. Spojrzałyśmy na siebie, uśmiechnęłyśmy się, a nawet się przytuliłyśmy. Zapytała mnie wtedy, co się ze mną stało i czy może mi jakoś pomóc. Odpowiedziałam spokojnie, że nie – że wszystko jest w porządku. I naprawdę tak było.
Jak wpadliście na pomysł innowacji „Express”?
To nie był długi proces. W „Tulipanie” jestem autorką wszystkich projektów, a moje wieloletnie doświadczenie sprawia, że bardzo szybko dostrzegam realne problemy i naturalnie czuję potrzebę natychmiastowego reagowania na nie.
Impulsem do stworzenia nowego rozwiązania był program „Rodzinne Rewolucje z Tulipanem”. Podczas jego realizacji na spotkania przychodzili nasi podopieczni wraz ze swoimi asystentkami rodziny – ludźmi niezwykle zaangażowanymi, kompetentnymi i oddanymi swojej pracy. W trakcie tych spotkań dużo rozmawialiśmy między sobą, dlatego też z czasem zdecydowaliśmy się zorganizować dla nich/ dla nas osobne spotkanie/spotkania.
Rozmowy dotyczyły oczywiście podopiecznych, ale dość szybko zeszły na temat związany z naszą praca i nami samymi . To doświadczenie było dla mnie bardzo poruszające. Z jednej strony słyszałam piękne, pełne pasji opowieści o naszej pracy, o odpowiedzialności, o realnej pomocy drugiemu człowiekowi. Z drugiej – wybrzmiewały wątki wypalenia zawodowego, przeciążenia, braku wsparcia i fatalnego odbioru naszej pracy przez społeczeństwo.
Wystarczy jedna tragedia – na przykład informacja o niedożywionym dziecku, które trafia do szpitala – by natychmiast pojawiło się pytanie: „Gdzie była asystentka? Gdzie były służby?”. Błędy systemowe bardzo często spadają na barki konkretnych ludzi, którzy ponoszą za nie emocjonalną i społeczną odpowiedzialność. Co więcej, nierzadko słyszy się z otoczenia krzywdzące komentarze w stylu: „Skoro pracujesz z patologią, to sam jesteś patologią”.
Ta świadomość długo we mnie pracowała. Czułam ogromny ciężar niesprawiedliwości, z jaką mierzą się pracownice i pracownicy socjalni. Z jaką mierzymy się MY! Kiedy trafiłam na ofertę TransferHUB, wiedziałam, że to przestrzeń, w której mogę znaleźć realne narzędzia do zmiany tej sytuacji. Właśnie stąd narodził się mój pomysł stworzenia nowego modelu wsparcia, wzmocnienia i motywacji dla osób pracujących z osobami wykluczonymi społecznie – modelu, który odpowiada na ich rzeczywiste potrzeby i oddaje należny szacunek tej niezwykle ważnej profesji.
Jaka jest obecnie sytuacja pracowników socjalnych?
Zawody takie jak mój – podobnie jak praca asystentów rodziny, kuratorów czy szeroko rozumianych pracowników socjalnych – to praca z drugim człowiekiem w jego najtrudniejszych momentach życia. To obszar, który bardzo często prowadzi do wypalenia, ponieważ każdego dnia konfrontuje ideały, wrażliwość i potrzebę niesienia pomocy z twardą, często bezlitosną rzeczywistością.
Przychodzimy do tej pracy z poczuciem misji, z przekonaniem, że możemy zmieniać świat na lepsze, że nasze zaangażowanie ma sens i realną wartość. Tymczasem rzeczywistość bardzo szybko zaczyna te marzenia weryfikować. Coraz więcej osób i rodzin zmaga się z problemami życia codziennego i potrzebuje coraz bardziej intensywnej, złożonej pomocy. Wraz z tym rośnie napięcie emocjonalne – frustracja, bezradność, lęk i złość – z którymi zgłaszają się do nas ludzie w kryzysie.
Pracując z nimi, przejmujemy ogromny ciężar emocjonalny. Jesteśmy pierwszym kontaktem, często jedyną osobą, która jeszcze „trzyma” całą sytuację. Jednocześnie funkcjonujemy w systemie, który nie zawsze nadąża za skalą problemów, a coraz częściej wymusza działanie w pośpiechu, według procedur i wskaźników, zamiast w relacji i z uważnością na człowieka. W takim modelu łatwo stracić z pola widzenia sens tej pracy – zarówno po stronie systemu, jak i samych pracowników.
To właśnie zderzenie pomiędzy ideą pomagania a realiami codziennej pracy jest najbardziej obciążające. Nie dlatego, że brakuje nam kompetencji czy zaangażowania, lecz dlatego, że świat, z którym się mierzymy, bywa silniejszy niż nasze marzenia. Dlatego tak ważne jest, aby osoby pracujące z drugim człowiekiem miały realne wsparcie, przestrzeń na zatrzymanie się i prawo do zadbania o siebie – zanim pomaganie innym stanie się kosztem ich własnego zdrowia i dobrostanu.
Co taka osoba czuje w dzień wolny przed przyjściem do pracy?
Czasem nie potrafią nawet nazwać tego, co czują. Wiedzą natomiast, jak reaguje ich ciało – zdarza się, że napięcie i stres biorą górę. Bywa też tak, że już w niedzielę wieczorem wiedzą, co przyniesie poniedziałek. Jeśli w weekend w Szczecinie grała miejscowa drużyna, bardzo często oznacza to, że w wielu domach była libacja, a następnego dnia konieczne będą interwencje i np. zabezpieczenie dzieci.
W tym momencie pojawia się kolejny, jeszcze trudniejszy problem. Setki dzieci w województwie zachodniopomorskim czekają na pieczę zastępczą, co oznacza, że część z nich musi pozostać w środowiskach, które nie są dla nich bezpieczne. Pracownik socjalny staje wtedy wobec dramatycznej bezsilności – musi zostawić dziecko tam, gdzie sam wie, że nie powinno być. Towarzyszy temu ogromny lęk, bo jeśli wydarzy się tragedia, odpowiedzialność i tak bardzo często zostanie przypisana właśnie jemu.
A mimo to ci ludzie nie odchodzą z pracy. Zostają – z poczucia obowiązku, odpowiedzialności. To złożone połączenie lojalności wobec zawodu, poczucia misji i przekonania, że nie wolno się poddać, bo po drugiej stronie są konkretni ludzie i ich życie.
„Express” to model działania, którego siła opiera się na wsparciu grupy osób o podobnych doświadczeniach zawodowych. To bezpieczna przestrzeń wzajemnego wsparcia, która pozwala nazwać emocje, zatrzymać się na chwilę i odzyskać siłę do dalszej pracy – bez wstydu, bez oceniania i bez pozostawania z tym wszystkim w samotności.
Jak oni postrzegają swój zawód?
Wiele z tych osób naprawdę lubi swoją pracę i widzi w niej sens. Często jest to zawód wybrany z potrzeby pomagania, z przekonania, że obecność drugiego człowieka w kryzysie ma znaczenie. Jednocześnie bardzo wyraźnie nie zgadzają się z barierami systemowymi, z brakami w rozwiązaniach, z niedostosowaniem mechanizmów wsparcia do skali i złożoności problemów, z którymi mierzą się na co dzień. To nie sama praca z ludźmi jest dla nich najtrudniejsza, ale system, który nie daje realnych narzędzi do działania w sytuacjach granicznych. Rzadko słyszę od nich wprost słowa: „kocham tę pracę”. Na palcach jednej ręki mogę policzyć osoby, które bez wahania deklarują pełne oddanie temu zawodowi. Zdecydowanie częściej widzę zmęczenie, przeciążenie i rezygnację. To właśnie z tego doświadczenia zrodził się pomysł na nasz model wsparcia.
Chcemy, aby Express był rozwiązaniem, które wciąga i daje poczucie sprawczości. Zależy nam na tym, by uczestniczki i uczestnicy poczuli, że mają wpływ, że ich głos się liczy, a to, co robią, ma realną wartość. Od początku myślimy o tym projekcie szerzej – tak, aby dobra energia i wypracowane rozwiązania mogły stopniowo obejmować kolejne instytucje. Już na etapie prototypu nawiązaliśmy kontakt z podmiotami, które chcą testować to rozwiązanie u siebie.
W ramach Expressu powstanie dwanaście scenariuszy – po jednym na każdy miesiąc pracy. Zespół roboczy będzie spotykał się na dwugodzinnych sesjach, podczas których uczestniczki i uczestnicy będą pracować nad swoim dobrostanem, budowaniem własnej tożsamości zawodowej i wzmacnianiem odporności psychicznej. Te spotkania mają być przestrzenią grupowego wsparcia i realnego wzmocnienia. Bardzo ważne jest dla nas, aby te osoby usłyszały wprost, że wykonują dobrą, potrzebną pracę – i że bez nich ten system dawno przestałby funkcjonować. Chcemy, by mogli mówić o swoich sukcesach, doceniać własne działania i odzyskać poczucie sensu oraz misyjności. A potem – by potrafili sami się organizować i wzajemnie wspierać. Zakładamy, że spotkania będą odbywać się w godzinach pracy; wiemy, że w praktyce często będzie to maksymalnie dwie godziny, ale nawet to jest już realnym krokiem w stronę zmiany. Gdy model zostanie dopracowany i zacznie dobrze funkcjonować, planujemy rozwijać go dalej – także poza Szczecinem, z myślą o innych regionach.
