Kto do opieki? Kobiety pomiędzy rynkiem pracy, państwem i tradycją
fot. Aleksander Prugar

Kobiety na całym świecie są przeciążane pracą opiekuńczą. Postęp emancypacji związany z wejściem kobiet na rynek pracy nie zniwelował ich aktywności na bardziej tradycyjnych polach, takich jak prace domowe czy wychowywanie dzieci. W XX wieku odpowiedzią na to miało być państwo opiekuńcze, a pod jego koniec – także oferty komercyjne. Jednak ostatecznie to zawsze kobiety, odpłatnie bądź nie, wykonują większość pracy opiekuńczej. Dlaczego jest ona tak mało doceniania oraz wynagradzana i jak wobec tego można zadbać o równość?

Niski prestiż pracy opiekuńczej został świetnie opisany w reportersko-popularnonaukowej książce Darcy Lockman, pod wiele mówiącym tytułem „All the Rage: Mothers, Fathers, and the Myth of Equal Partnership” (pol. Cała ta wściekłość: matki, ojcowie i mit partnerstwa). Naczelnym problemem przedstawionym w książce jest problem zaangażowania się mężczyzn w opiekę nad dzieckiem, kiedy to pojawia się w rodzinie. Autorkę szczególnie zafrapowało jej własne doświadczenie związku z mężem. Ten – do czasu narodzin ich dzieci – spełniał wszystkie feministyczne kryteria zaangażowanego partnera (angażował się w obowiązki domowe, wspierał małżonkę w jej karierze dziennikarskiej) i zwracał uwagę na systemowe przyczyny nierówności płci. W momencie jednak, gdy pojawiło się dziecko, para zaczęła dryfować od partnerskiego modelu rodziny w stronę tego, który socjologowie nazywają modelem „podwójnego obciążenia kobiet”, tj. oboje rodzice pracują zarobkowo, ale do tego to kobiety wypełniają swoją drugą zmianę w postaci obowiązków domowych i opieki nad dzieckiem, a mężczyźni w najlepszym razie angażują się okazjonalnie.

Kobieca sprawa?
I rzeczywiście, historię tę potwierdzają także dane ilościowe. W przypadku populacji pracującej w ramach kodeksowego zatrudnienia, możliwe jest wykorzystanie urlopu macierzyńskiego/ojcowskiego i rodzicielskiego. Co prawda system jest tak skonstruowany, że zachęca do tego, by to matki zostawały z dziećmi w domach, jednak nawet te możliwości, które przysługują ojcom, nie są przez nich wykorzystywane. Jedynie 1% zatrudnionych ojców korzysta z urlopów rodzicielskich, mimo że przysługują na równi i matkom, i ojcom! Oznacza to, że całodobowa opieka nad niemowlęciem stanowi rzadkie doświadczenie mężczyzn, mimo że jest oczywista dla zdecydowanej większości kobiet mających dzieci.

Inną z przyjmowanych metod pomiaru zaangażowania m.in. w opiekę są tzw. budżety czasu. Zgodnie z danymi Centrum Badań Opinii Społecznej, zaangażowanie mężczyzn w prace domowe wzrosło jedynie nieznacznie. Jest to tym bardziej dojmujące, że mowa o danych deklaratywnych, a więc i tak prawdopodobnie zawyżonych – większość respondentów raczej nie chce się przyznawać do tego, że nie przykłada się do obowiązków domowych. Teoretycznie preferowany przez wszystkich jest model partnerski z równym podziałem obowiązków, jednak jednocześnie Polska należy do czołówki krajów europejskich, według których ognisko domowe jest podstawowym celem w życiu kobiety.

W praktyce przekłada się to na wysokie różnice w aktywności zawodowej między kobietami a mężczyznami. Szczególnie znaczący jest wskaźnik powodów rezygnacji z aktywności zawodowej – w grupie pracowników w wieku produkcyjnym, zwłaszcza mających 25-34 lata. W przypadku kobiet, dominującym powodem jest konieczność sprawowania opieki nad bliskimi (niemal 80%), podczas gdy ten sam powód dotyczy raptem 19% nieaktywnych zawodowo mężczyzn. Dysproporcja opieki uwidacznia się także w statystykach dotyczących samodzielnego rodzicielstwa – według Narodowego Spisu Powszechnego 2011, samodzielnych matek było ok. ośmiokrotnie więcej niż samodzielnych ojców.

Sytuacja nie zmienia się w przypadku innych niż dzieci podopiecznych – kobiety częściej od mężczyzn sprawują opiekę nieformalną nad swoimi bliskimi, jeśli ci jej potrzebują ze względu na własną niesamodzielność, bądź choroby. Tym samym w XXI wieku wciąż możemy twierdzić, że opieka jest to, całkiem dosłownie, „kobieca sprawa”.

Ślepe ścieżki emancypacji
Co więc robią kobiety, które nie chcą dążyć ku tradycyjnemu modelowi, ale chcą mieć jednocześnie pracę i dzieci? Jeśli ojcowie się nie angażują, najczęściej próbują scedować opiekę na kogoś innego. Tradycyjną nieformalną instytucją w Polsce jest oczywiście babcia, jednak coraz więcej kobiet w wieku poprodukcyjnym nie chce wykonywać pełnowymiarowej pracy opiekuńczej. W Europie, a przynajmniej w złotych dekadach welfare state od lat 60., role opiekuńcze zaczęły pełnić instytucje państwowe: żłobki i przedszkola. W obliczu powojennego wyżu demograficznego okazały się one koniecznością oraz współgrały z przemianami kulturowymi, pchającymi kobiety do aktywniejszego udziału w sferze pozadomowej.

To jednak niekoniecznie zmieniało powiązanie kobiecej populacji z celami opiekuńczymi – rynek pracy podlega płciowej segregacji horyzontalnej, co oznacza, że płcie „specjalizują się” w poszczególnych zawodach, np. kobiety częściej zostają nauczycielkami, pielęgniarkami czy przedszkolankami. Sfeminizowane zawody są też z reguły znacznie gorzej płatne niż zmaskulinizowane. Tym samym część kobiet mogła ulżyć swojemu „podwójnemu obciążeniu”, ale kosztem innych kobiet, pracownic w sektorze opiekuńczym. Jednocześnie tempo pracy się zwiększa, rośnie więc też popyt na opiekunki. Teoretycznie mogłoby to podnieść prestiż i opłacalność pracy w tym zawodzie, tym samym zwiększając jego atrakcyjność dla mężczyzn. Tak się jednak nie dzieje m.in. ze względu na powstanie tzw. globalnego łańcucha opieki – masowych migracji kobiet w wieku produkcyjnym z krajów uboższych do krajów bogatszych, które skutkują powstaniem pokoleniowej luki w przypadku tych pierwszych. To dotyczy także Polski – nasze pracownice opieki migrują np. do Niemiec, by opiekować się tamtejszymi seniorami. Według szacunków OPZZ, w ten sposób zarabiać może aż 300 tys. osób, a jest ich prawdopodobnie znacznie więcej.

W przypadkach pracy na migracji, warunki bywają szczególnie nieprzyjazne kobietom. Przekraczanie umówionych godzin, zaniżone płace, nierzetelne przedstawienie warunków pracy w momencie podpisywania umowy, a nawet nadużycia związane z przemocą finansową lub seksualną – to częste doświadczenie wielu opiekunek. Sama presja popytowa okazuje się tu niewystarczająca – mimo społecznie doniosłej roli, jaką pełnią wykonawczynie pracy opiekuńczej, ponoszą liczne pozafinansowe koszty w zdrowiu, czasie i oderwaniu od bliskich. Fakt, że muszą wyjeżdżać z rodzinnego kraju, by godnie zarabiać, także można odczytywać jako rezultat liberalnej polityki gospodarczej, limitującej państwo w jego wspierającej roli.

Polityki zatrudnienia, podobnie jak funkcjonowanie urlopów rodzicielskich czy instytucji opiekuńczych, to działalność, która może być rozwijana (bądź zwijana) przez państwo. Kiedy ono jest nieaktywne, głównym graczem stają się właściciele kapitału, np. przedsiębiorcy. Większości z nich inwestowanie z własnych środków w równość płci, czy równowagę między życiem zawodowym i codziennym swoich pracowników, zwyczajnie się nie opłaca. Społeczeństwa rezygnujące z udziału państwa w tej materii skazuje się na świat, w którym praca zarobkowa z prowadzeniem życia rodzinnego będzie wchodzić w nieustający konflikt.

Kultura do zmiany
Do zmiany polityki państwa czy korekt sektora prywatnego nie dojdzie jednak bez zmian kulturowych. Badaczki feministyczne, próbując dociec możliwości wycenienia pracy opiekuńczej i stworzenia systemu ekonomicznego, w którym jest ona należycie wynagradzana (w pieniądzu lub w innych benefitach), ostatecznie wracały do sposobu, w jaki jest definiowana praca domowa. Jeszcze na początku lat dwutysięcznych Anna Titkow, Danuta Duch-Krzysztofek i Bogusława Budrowska w swoim badaniu pt. „Nieodpłatna praca kobiet. Mity, realia, perspektywy” diagnozowały źródła niskiego prestiżu prac opiekuńczych w tym, jak kobiety i mężczyźni definiowali swoje tożsamości płciowe. Ponad dekadę później socjolożka Małgorzata Sikorska interpretowała współzależność rodzicielstwa i tożsamości płciowej, którą można uprościć do następującej zasady: prawdziwa kobieta to matka, prawdziwy ojciec to mężczyzna. Rola opiekuńcza w przypadku mężczyzny jest mniej fundamentalna dla jego tożsamości.

W obecnej kulturze mężczyźni nie dostają zbyt wielu bodźców do zabiegania o urlopy ojcowskie czy większe zaangażowanie w prace domowe. Choć teoretycznie zaczyna się od nich tego wymagać, kobietom niekiedy prościej i mniej frustrująco jest pogodzić się z quasi-tradycyjnym podziałem obowiązków. Wzorce partnerstwa wybrzmiewają słabo i są nieprzekonujące, a prestiż profesjonalnej pracy opiekuńczej jest zbyt niski, by mogła ona przyciągać męskich adeptów zawodu. Tym samym trudno się spodziewać, by status quo uległ znacznym przesunięciom. Jak pokazuje powszechność modelu podwójnego obciążenia kobiet, same przemiany gospodarcze tego nie załatwią.

Spiritus movens zmian w tym obszarze może być także państwo. Jest to możliwe dlatego, że zdecydowana większość pracownic aktywnych na rynku pracy opiekuńczej zatrudnia się w publicznych, z reguły samorządowych instytucjach: żłobkach, przedszkolach, domach opieki czy szpitalach. W związku z przyspieszaniem tempa życia (i nakładów czasu koniecznych na pracę zarobkową) oraz starzeniem się społeczeństwa, rosnący popyt starają się zaspokoić także podmioty prywatne, jednak wciąż grają one na rynku drugorzędną rolę. Tym samym decydenci polityczni mogą stwarzać pozytywną presję płacową i inwestować w opiekuńcze miejsca pracy, a także poprawiać warunki ich funkcjonowania. Przy obecnej strukturze subwencji samorządowej lokalnym władzom na placówkach opiekuńczych opłaca się głównie oszczędzać, na czym cierpią zarówno ich pracownice, jak i podopieczni.

Co istotne, organizują się także pracownice tego sektora. Jednym z najdonioślejszych przykładów tego typu działalności było założenie tzw. „białego miasteczka” i powstanie Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych latem 2007 roku, związane z fatalnymi warunkami pracy tej grupy zawodowej (które nie poprawiły się zresztą dostatecznie od tego czasu). Socjolożka Julia Kubisa w swojej książce „Bunt białych czepków. Analiza działalności związkowej pielęgniarek i położnych” opisuje historię tego wydarzenia, wskazując, że jego uwarunkowania uwikłane były nie tylko w relacje ekonomiczne związane z pracą, lecz także w przesądy związane z rolami płciowymi – np. że opieka to czynność, która wymaga „poświęcenia się” ze strony opiekunek i jako taka nie musi być należycie wynagradzana. Kobiety organizowały się także w ramach walki o prawa opiekunów osób z niepełnosprawnościami w 2013 i 2018 roku, wskazując na konieczność podniesienia zasiłków z tytułu pełnienia tej pracy oraz umożliwienia łączenia jej z inną aktywnością zawodową.

Choć każde z wymienionych stronnictw ostatecznie „odbiło się” od opornych polityków i nie zrealizowało pełni swoich żądań, zabranie przez nie głosu uruchomiło powolny proces poprawy warunków pracy gwarantowanych przez państwo oraz uświadomiło opinii publicznej zarówno wagę, jak i ciężar ich zajęcia. Praca opiekuńcza ma kluczowe znaczenie dla wszystkich społeczeństw. W razie jej zaprzestania trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie jakiejkolwiek większej ludzkiej zbiorowości. Jak ma np. działać gospodarka, jeśli nikt nie zajmuje się dziećmi? Jak możemy chwalić się osiągnięciami cywilizacyjnymi, takimi jak np. innowacje technologiczne, jeśli jednocześnie jako państwo pozwolimy niesamodzielnym seniorom konać w męczarniach? Dlaczego kobiety mają rodzić dzieci, a więc zapewniać społeczeństwom ich dalsze trwanie, jeśli nie będą mieć gwarancji, że będą one zdrowe, bezpieczne i szczęśliwe – a więc doświadczać właściwej opieki?

Skąd wziąć ten etos?
Być może adekwatnym działaniem byłoby budowanie publicznego etosu pracy opiekuńczej. Nie na zasadzie poświęceń Matki Polki w domowym zaciszu, tak jak się to dzieje teraz; raczej na zasadzie świadomości, że dyspozycje do opieki to nasz społeczny zasób strategiczny. Że można czerpać dumę z pełnienia opieki i że w ten sposób wykonuje się pracę na rzecz społeczeństwa – czy też, by ująć to w socjoekonomicznej terminologii, pracę reprodukcyjną. Tak jak w pandemii, przynajmniej deklaratywnie, zauważono wartość pracy kurierów czy ekspedientek, którzy awansowali do grona tzw. essential workers, tak należałoby docenić trud kobiet wykonujących pracę opiekuńczą.

Niewątpliwe niezbędne jest zwiększenie widoczności pracy opiekuńczej oraz dotkliwości takiego scenariusza (niepokojąco prawdopodobnego!), w którym opiekunki, zarówno profesjonalne, jak i nieformalne, masowo rezygnują z jej pełnienia. Dzieje się to jak na razie w ramach dość niszowych inicjatyw akademickich bądź społecznych takich jak np. Socjalny Kongres Kobiet, który powstał m.in. w reakcji na niezadowalające warunki pracownic technicznych dużego medialnego wydarzenia, jakim jest rokroczny Kongres Kobiet, jednak z pewnością można sobie wyobrazić śmielsze i szerzej zakrojone kampanie. Przykładowo, teoretycznie w kontekście przeciwdziałania pandemii koronawirusa, publicznie dziękowano medykom i medyczkom, podobnie jak rytualnie robi się to w przypadku każdego większego protestu związkowego tej grupy zawodowej, jednak często przez polityków i komentatorów pochwały te okraszane są szantażem moralnym: a co, jeśli wasi podopieczni zachorują lub umrą w trakcie strajku? czy nie gryzie was sumienie? Jest to strategia obliczona bardziej na pacyfikację ruchów pracowniczych niż rzeczywista troska. Tymczasem publiczne docenienie powinno wiązać się także z uznaniem godności pracownic sektora opieki, a więc ich prawem do krytyki status quo i jego przeciwdziałaniu.

Oczywiście nie może skończyć się na brawach. Prestiż pracy opiekuńczej nie musi być pusty; powinien oznaczać konkretne korzyści. Jednocześnie nie byłoby chyba dobrym scenariuszem, gdyby pełnienie takiej roli oznaczało wykluczenie innych działalności z biografii opiekuna. Opieka jest relacją, a te mają to do siebie, że podlegają zmianom w czasie. Potrzeba opieki może ustać, podobnie jak siły danego opiekuna, który będzie musiał zostać zastąpiony przez innego. Nie można więc polegać na zbyt głębokiej i trwałej specjalizacji. Wszyscy, kobiety i mężczyźni, powinni w swoim życiu doświadczyć takiej pracy, byśmy kiedykolwiek mogli mówić o równym płciowo społeczeństwie.

Alternatywy w samoorganizacji
Płciowy podział pracy jest źródłem wielu problemów i wykluczeń społecznych, ale jednocześnie tworzy także unikalne sieci samopomocy i wsparcia. Nawet samodzielne matki czy opiekunki osób niepełnosprawnych nie są samotnymi wyspami – by móc utrzymać siebie i swoich podopiecznych w dobrostanie, korzystają ze wsparcia swoich sióstr, matek, sąsiadek i przyjaciółek. Nieformalne sieci opiekuńcze w Polsce już istnieją i są szerokie – warto potraktować je jako punkt wyjścia do wzmacniania warunków pełnienia opieki i jej społecznego prestiżu.

Jedną z innowacji społecznych, które zaczęły funkcjonować w Polsce, jest opieka dzienna współfinansowana przez samorządy, którą pełnią osoby fizyczne w lokalach mieszkalnych nad niewielką grupą dzieci do lat trzech. Taka forma umożliwia np. młodej matce pełnienie opieki nad własnym dzieckiem i jego rówieśnikami mieszkającymi w sąsiedztwie, a przy okazji pozostawać aktywną zawodowo. W 2016 r. ministerialny portal Emp@tia rejestrował prawie 700 punktów takiej opieki.

Skalowanie takiej formy opieki miałoby szereg zalet – dawałoby opiekę dzieciom, ułatwiałyby im socjalizację w porównaniu do sytuacji obcowania jedynie z członkami rodziny czy nianią, budowałyby lokalne więzi i pozwalały młodym matkom stopniowo się profesjonalizować. Bliskie tej logice byłyby także formy pewnej spółdzielczości, które też zasadzają się na istniejących sieciach samopomocowych. Być może dzięki takim krokom moglibyśmy przejść od neoliberalnego modelu podwójnego obciążenia kobiet, często osamotnionych w swoich wysiłkach, i wrócić do bardziej kolektywnej, tradycyjnej „wioski”, która wspólnie wychowuje dziecko (i opiekuje się seniorem).

Monika Helak
publicystka i badaczka Polityki Insight, na Wydziale Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego pisze doktorat o doświadczeniu samotnego macierzyństwa; współautorka inicjatywy badawczej Pamiętniki pandemii, zbierającej osobiste dokumenty życia codziennego o życiu w kontekście pandemii COVID-19

Fotografia ilustracyjna: Aleksander Prugar