Rozmowa z Moniką Skrzetuską z fundacji „Tulipan” o drodze życiowej, resocjalizacji, wypaleniu pracowników socjalnych i sile drugiej szansy.
Najgorsze są niedziele w weekendy, podczas których gra miejscowy klub. Wtedy wiedzą, że w poniedziałek od rana będę musiały odbierać rodzicom dzieci i umieszczać je w pogotowiu opiekuńczym.
Monika opowiada żywo i z zaangażowaniem. Pomimo dramatu, z którym styka się niemal codziennie, wydaje się tryskać optymizmem. Być może dlatego, że temat resocjalizacji to jej żywioł. Od liceum wiedziała, że będzie się nim zajmować. Wydaje się, że kiedy o tym mówi, czuje, że wybrała swoje właściwe powołanie.
Skąd ta fascynacja? Skąd Tulipan?
Od najmłodszych lat zawsze wiedziałam, co chcę robić. Nie byłam piątkową uczennicą. Zaliczano mnie do kręgu „trudnej młodzieży” – byłam wygadaną jedynaczką z temperamentem. Mam dużo energii. Wiele lat grałam w piłkę ręczną, bo zawsze potrzebowałam zajęcia, które pozwoliłoby mi się wyżyć. Taki charakter. Odkąd pamiętam, kiedy się czegoś uczepiłem, nie odpuszczałam. W pierwszym liceum nie zagrzałem długo miejsca – zostałam z niego usunięta, choć z dzisiejszej perspektywy oceniam tę decyzję szkoły jako niesprawiedliwą. Moim „przewinieniem” było to, że zadawałem się z towarzystwem, które w oczach naszych nauczycieli było nieakceptowalne.
Musiałam iść do innego liceum. Znałam swoją odpowiedzialność, rozumiałam program, ale nie potrafiłam podporządkować się kostycznej atmosferze polskiej szkoły. Kiedy przyszedł czas matur wydawało mi się, że chyba nikt we mnie nie wierzył. Nawet mama przyszła do mnie i na pocieszenie powiedziała mi, że „nie każdy musi zdać maturę”. Pamiętam, jak wypaliłam wtedy: „Mamo, przecież ja pójdę na studia, bo będę pracować w więzieniu”. Nie wiem czy wówczas wzięła moją odpowiedź na poważnie, ale na pewno ją zaskoczyłam.
Nie zmienia to faktu, że wówczas matury rzeczywiście nie zdałam. Ale nie poddałam się. Niepowodzenie mnie nie łamie, tylko mobilizuje do działania. Wtedy też tak było. Razem z moimi „niegrzecznymi” koleżankami uczyłyśmy się całe lato, żeby zdać maturę i udało nam się. Zdałam wówczas jedną z najlepszych matur w szkole, więc sukces był wart wysiłku. Kiedy przyszło do wyboru studiów, chciałam iść na psychologię do Poznania, ale moi rodzice nie zgodzili się. Chcieli mnie mieć przy sobie.
Studia
Zaczęłam studiować doradztwo psychologiczne na Uniwersytecie Szczecińskim. To były trudne studia – ze 120 osób, które je rozpoczynało, do końca dotrwało niecałe 60. Potem poszłam jeszcze na studia magisterskie na resocjalizację, o której zawsze marzyłem.
Właściwie nie wiem, skąd wzięło się moje zainteresowanie. Od zawsze lubiłam kryminały, oglądałem program „997”. Kiedyś mama zapytała mnie, dlaczego oglądam „takie” rzeczy. Odpowiedziałam jej, że przecież nie może być tak, że ci wszyscy ludzie, pokazywani w tych programach, są tacy źli. Moja rodzina w ogóle nie miała żadnych tradycji związanych z resocjalizacją. Rodzice myśleli chcieliby, żebym została weterynarzem. Nie rozumieli mojego wyboru i pewnie szokował ich fakt, że nie żartuję, kiedy mówiłem, że będę pracować w „pudle”.
Kiedy przyszedł ostatni rok studiów, przygotowałam się solidnie do obrony magisterskiej. Jeździłam po zakładach, zbierałam dane źródłowe. Moja promotorka bardzo brzydko traktowała nas w czasie wykładów. Długo znosiłam jej docinki, ale pewnego razu przekroczyła moje granice. Powiedziałam jej, że nie ma prawa do nas mówić w ten sposób. Jestem przekonana, że zrobiłem to z taktem i grzecznie. Natomiast ona przy wszystkich obecnych powiedziała mi, że się nie obronię. I tak rzeczywiście się stało. Miałem bardzo dobrą pracę magisterską, ale nie dopuściła mnie do jej obrony.
Było to dla mnie trudne doświadczenie, także dlatego, że jakiś czas wcześniej zatrudniłem się w miejscowej prokuraturze. Zrobiłam to specjalnie dlatego, że z prokuratury był widok na spacerniak pobliskiego aresztu śledczego. Byłam pewna tego, że dostanę tę pracę, że będę pracować z więźniami. Wszystko sobie zaplanowałam, poszłam do prokuratury i wydawało mi się że, los mi sprzyja: akurat jakaś kobieta poszła na zwolnienie z powodu ciąży i po kilkunastu minutach rozmowy kwalifikacyjnej, widząc moje zaangażowanie, pani, która mnie przyjmowała powiedziała: „OK, masz tę pracę”. W prokuraturze pracowałam jako referentka i miałem widok na ten spacerniak, który – wiedziałam, to czułam to – jest mi przeznaczony. Niestety przez moją promotorkę wszystkie te plany wzięły w łeb. „Prędzej się przekręcę, niż dopuszczę cię do obrony” – nie zapomnę tych słów.
Przeżyłam załamanie, ale nie zatrzymało mnie to. Zrezygnowałem z pracy w prokuraturze, zostałam wolontariuszką w Monarze. Te moje dynamiczne decyzje były pewnie również po to, żeby pokazać rodzicom, że nie będą mieli podstaw do tego żeby powiedzieć „A nie mówiliśmy”?
Praca
W poradni Monaru umawiali mnie na spotkania z ludźmi, którzy wychodzili z zakładów karnych – głównie uzależnionymi. Byłam ich motywatorem do zmian. Pracowałam w Monarze kilkanaście miesięcy, a potem dowiedziałem się o organizacjach pozarządowych i stowarzyszeniach. Powiedziałem do mojego ówczesnego chłopaka, a obecnego męża – Maciek, wiem że w ogóle nie mamy pieniędzy i że to jakaś fanaberia, ale chciałbym coś takiego założyć. Skoro u innych to działa to dlaczego mi miałoby się nie udać. „Jeżeli to jest twoje marzenie, to zrób tak” – odpowiedział. Tak rozpoczęła się historia „Tulipana”. Zaczynałam w małej kanciapie podnajmowanej od zaprzyjaźnionej organizacji, a moje narzędzia pracy obejmowały długopis i kartkę.
Powtarzałam to swoim znajomym: chcę mieć fundację dla byłych skazanych. Wydaje mi się, że wszyscy kpili z tego pomysłu. Mogło to wyglądać jak rzucanie się z motyką na słońce. Rzeczywiście – dopiero po roku mój upór zaczął przynosić wymierne efekty w postaci pierwszych dotacji. Wpłynęły do nas granty w wysokości 10 000 zł.
Naszym pierwszym programie było ‘Świadectwo’. Polegał na tym, że z byłymi skazanymi jeździliśmy do szkół, a oni opowiadali uczniom o swoich doświadczeniach życiowych. Przekonywali młodzież, żeby żyli zgodnie z prawem.
Wsparcie
Pewnego roku w jednym z aresztów śledczych spotkałem prokuratorkę. Opowiedziałam jej o swoim pomyśle, który bardzo się jej spodobał. Pomogła mi. Była dla mnie – i dla całego „Tulipana” – trampoliną w naszej działalności. Umówiła mnie na spotkanie sędziami, prokuratorami, policjantami, pracownikami penitencjarnymi – miałam opowiedzieć o swoim pomyśle. Bardzo się stresowałam. Za dosłownie ostatnie pieniądze drukowałam ofertę fundacji i rozdawałam na tym spotkaniu. Spotkałem się też z niezrozumieniem i niedowierzaniem. Niektórzy wyrażali wątpliwości : przecież wiesz ile osób przychodzi z takimi pomysłami… Ale ja nie byłam innymi.
Jakiś czas później udało nam się pozyskać wsparcie z ministerstwa sprawiedliwości, a dokładniej z funduszu pomocy byłym uwięzionym. Dostaliśmy stamtąd dużą, jak na ówczesne czasy, dotację. To było 60 czy 80 tysięcy złotych. Zatrudniałam ludzi na godziny, znalazłam wolontariuszy i wpadłem na pomysł prowadzenia punktu korespondencyjnego dla więźniów. To był prawdziwy hit. Wydawaliśmy mnóstwo na znaczki pocztowe – samodzielnie odpowiadaliśmy na każdy list. W ciągu tygodnia sama odpowiadałam pewnie na 100 z nich.
Pamiętam pierwszą skazaną osobę, która do nas przyszła. To był Kuba – jeden z pierwszych w Tulipanie. Siedzieliśmy, a ja nie za bardzo wiedziałem jak zacząć rozmowę. Tłumaczyłam mu, usprawiedliwiając się, że dopiero zaczynamy działalność, więc jeśli ma jakiś problem, to ja wszystko spiszę, a później pójdę do kogo trzeba, popytam i wtedy powiem mu, czy coś da się zrobić. Pracowaliśmy potem z jego problemem. To było piękne widzieć, jak Kuba staje na nogi. Kiedyś przyszedł i mówi: „Boże, Monika, jak ja dziękuję, że jesteście”.
Ja bym chciała żeby ludzie wiedzieli, że nigdy nie wiemy, czy nie znajdziemy się po drugiej stronie. Na przykład, kiedy nas spotka wielka tragedia. Zawsze powtarzam ludziom, których spotykam w więzieniu – to że tu jesteście, nie definiuje was.
Skąd wziął się Express?
Wpadliśmy na ten pomysł dość szybko. W „Tulipanie” zajmuję się wymyślaniem projektów, a poza tym moje doświadczenie jest tak długie, że zauważam problemy i chcę na nie szybko reagować.
Zaczęło się tak, że w trakcie programu, który prowadziliśmy – „Rodzinne rewolucje z Tulipanem” – przychodzili do nas klienci z asystentami rodzin. Rozmawialiśmy wówczas z pracownikami socjalnymi, a potem zorganizowaliśmy dla nich osobne spotkanie. Przyszło ok. 30 osób, byli też ludzie z „Tulipana”. Te pracownice mówiły o swoich podopiecznych, ale przede wszystkim o sobie i te historie były pełne frustracji. Opowiadałam im, że podoba mi się moja praca, natomiast to, co usłyszałam z ich ust, było zupełnie odmiennym doświadczeniem od mojego.
W strukturze pomocy społecznej pracownice (bo większość osób pracujących w instytucjach pomocy socjalnej to kobiety) są tylko trybikami w machinie. Oczekuje się od nich tylko poprawienia statystyk, a kiedy wyjdzie coś nie tak, to zwala się winę właśnie na nie.
Ile razy słyszałeś, że zdarzyła się tragedia, bo np. dziecko niedożywione trafiło do szpitala. Wszyscy wtedy pytają, gdzie była asystentka, służby itd. Błędy systemu spadają na barki tych osób, a płacą im koszmarnie nisko za tę ultraważną pracę. Tymczasem od osób trzecich często słyszą, że „jeśli pracujesz z patusami to sam jesteś patusem”.
Świadomość tego stanu dręczyła mnie, a kiedy trafiłam na ofertę TransferHUB, wiedziałam, że znajdę rozwiązanie. Stąd mój pomysł stworzenia nowego modelu wsparcia i motywacji pracowników i pracowniczej socjalnych.
Jaka jest obecnie sytuacja pracowników socjalnych?
To grupa zawodowa wypalonych ludzi. Ich sytuacja jest okropna, bo chcą pomagać, ale spotykają się z murem niechęci. Powiedzieć, że ich zawód nie jest poważany, to jak nic nie powiedzieć. Zewsząd słyszą, że to wina MOPS, MOPS zawinił, asystent zaniechał, a przecież na rozmiary problemów jest ich zwyczajnie za mało. Jest wiele rodzin, którym trzeba pomóc. Kiedyś patologię w rodzinie definiowało się bardzo wąsko, teraz definicja ulega rozszerzeniu i interwencje zdarzają się częściej. W większej ilości miejsc dochodzi do przemocy, zwiększa się liczba problemów z alkoholizmem, z narkotykami. To powoduje, że one nie mogą się skupić na pojedynczej osobie, na historii jego społecznej degradacji. W tym systemie już nie widzi się człowieka. Pracownik ma tylko, jak maszyna, przyjść, z pytań zrobić wywiad i pójść dalej, w pogoni za liczbami. Prowadzi to do tego, że problemy tylko się nawarstwiają, a żaden z nich nie jest rozwiązywany. A na końcu to pracownice, pracownicy socjalni są stygmatyzowani. W naszej grupie spotkaniowej stwierdziliśmy, że trzeba im pomóc.
Express daje wsparcie przede wszystkim psycholigczne. Jest wynikiem stwierdzenia, że pracownice socjalne muszą zadbać o siebie, powiedzieć sobie, że mają prawo wpaść w depresję, muszą wiedzieć, kiedy mają sobie powiedzieć „stop”. A okazuje się, że oni boją się tego wewnętrznego przyzwolenia. To jakiś absurd. Udzielają go bowiem swoim podopiecznym, osobom postronnym, ale sobie nie. Wynika to z ich poczucia odpowiedzialności za pracę, którą wykonują. Nie chcą okazywać słabości, ale pytam – dlaczego nie, skoro „Kowalski” z bramy obok już może?
Co taka osoba czuje w dzień wolny przed przyjściem do pracy?
Nie wiem co czuje, ale wiem co robi – wymiotuje. I siedzi w toalecie. A jeżeli jest weekend i w Szczecinie mecz gra miejscowa drużyna, to już wie, że jutro jest poniedziałek i z wielu domów będzie trzeba odebrać dzieci, bo w weekend w domu była libacja. Z tym, że kiedy dochodzi do tego momentu, pojawia się problem kolejny, jeszcze większy – okazuje się, że rozmiar tego dramatu jest tak duży, że dla wielu dzieci brakuje miejsca w pogotowiu opiekuńczym. W tym momencie 600 dzieci w całym województwie zachodniopomorskim czeka na pieczę zastępczą. To oznacza, że muszą zostać w miejscach, które nie są dla nich bezpieczne. Pracownik musi je tam zostawić i czuje swoją bezsilność. A także lęk – bo jeśli się zdarzy tragedia, to i tak winę zrzucą na niego.
A mimo to ci ludzie nie odchodzą z pracy. Wiele z tych osób motywuje wizja „ciepłej” emerytury, więc zostają, chociaż ta praca ich czasem niszczy. Dlacego tak się dzieje? To skomplikowane pomieszanie obowiązkowości z potrzebą stałego zatrudnienia. W pracy socjalnej najczęściej spotyka się kobiety i może nie będzie wielkim odkryciem, że bardzo często pochodzą ze środowisk, z którymi teraz muszą pracować. Same niosą bagaż jakichś traum i czuję się stygmatyzowane. Czasami myślą, że ja nie mam problemów, a ja mam jak każdy inny. Tylko jako osoba dorosła potrafię je adresować i radzić sobie z nimi. O tym też, w skrócie, jest nasza innowacja
Express to model działania, którego siła opiera się na wsparciu grupy osób o podobnych doświadczeniach. To forma wzajemnego wsparcia osób znajdujących się w tej samej sytuacji zawodowej.
Jak oni postrzegają swój zawód?
Nie słyszałam od nich słów „kocham tę pracę”. Na palcach jednej ręki policzę, ile razy spotkałam jakichś zatwardziałych „fanatyków”, oddanych tej robocie. Przeważnie widzę zmęczenie i całkowitą rezygnację. Stąd właśnie pomysł na nasz model wsparcia. Chcemy, żeby Express był wciągający, żeby te osoby poczuły sprawczość, żeby ogarnęło to falą kolejny instytucje. Już na etapie prototypu kontaktowaliśmy się z instytucjami, które chcemy włączyć do testowania, a później będzie wsparciem
W Szczecinie mamy już kilka organizacji, które zgłosiły się, żeby przetestować nasze rozwiązanie u siebie, jest to między innymi miejski ośrodek wsparcia rodzinie.
W ramach Expressu powstanie 12 scenariuszy, po jednym na każdy miesiąc. Zespół roboczy będzie się zbierał na dwie godziny, podczas których uczestniczki i uczestnicy będą budować swoje własne „ja” i dbać o swój dobrostan. Chcemy, żeby te spotkania służyły grupowemu wsparciu, wzmocnieniu psychicznemu. Muszą usłyszeć, żę robią dobrą robotę, żeby wiedzieli że to, co robą jest istotne i bez nich cały ten system już dawno padłby na twarz.
Mają się chwalić tym, co robią i poczuć, że to jest istotne. Niech poczują misyjność, a potem niech sami się organizują. Założyliśmy, że mają spotykać się w trakcie pracy, acz nie sądzę, żeby dyrektorzy zgodzili się na więcej niż dwie godziny, ale to już i tak coś. A kiedy opracujemy model i on zacznie „hulać” to pójdziemy z nim dalej i być może ten pomysł rozszerzy się na inne regiony.
