Z szefem w kieszeni

 2,579 total views,  1 views today

Czy na rynku pracy Polski i Europy do 2025 roku liczba gigerów, czyli pracujących od zlecenia (gigu) do zlecenia, wzrośnie o 20%?

W moim śpiącym laptopie piszczy WhatsApp. Ledwo zdążam wcisnąć „Odbierz telefon z kamerą”. Ostry, ale radosny głos Julii przecina ciszę mojego pokoju.

– Tatianko, w Kijowie spadł śnieg, możesz sobie wyobrazić? A ja siedzę w „Kupidonie” (słynna literacka kawiarnia w centrum Kijowa na ulicy Puszkinskiej – przyp. red.), piję kawę i pracuję. Wzięłam kilka zleceń na Prosiaczku i dwóch studentów, których mam przygotować do oceny zewnętrznej z języka ukraińskiego. Nie wiem, jak poradzę sobie ze wszystkim, co zaplanowałam, ale spróbuję. Muszę to ogarnąć.

Julia jest redaktorką w kijowskim wydawnictwie, ale przede wszystkim bierze zlecenia i jako freelancerka wykonuje krótkoterminowe projekty i zlecenia. Większość z nich znajduje właśnie na Prosiaczku – bardzo popularnej aplikacji (portal i aplikacja z zakresu usług), w której  freelancer: nauczyciel, dziennikarz, księgowy, prawnik, tłumacz, może znaleźć zlecenie.

– Jest to bardzo wygodne – zawsze mam pracę w zawodzie, który lubię. Poza tym poszerzam grono swoich znajomych. Na Prosiaczku jest naprawdę fajnie. Jedynym minusem jest stres związany z ustalanym przez siebie deadline’em oraz konieczność nieustannego poszukiwania zleceń, jeśli jesteś freelancerem w pełnym tego słowa znaczeniu. Myślę, że w Polsce praca z takimi aplikacjami jest jeszcze łatwiejsza i bezpieczniejsza.

Julka czasem pomieszkuje w Krakowie. Wtedy też używa apki dla copywriterów i bierze tłumaczenia.

– To wygodne i bezpieczne. Nie zerkaj tak sceptycznie. Świat pędzi do przodu! – Julka uśmiecha się od ucha do ucha i puszcza do mnie oko.

„Uberyzować” można każdy zawód
Pędzi – to mało powiedziane. Ale w jakim kierunku zmierza? Czy ku przyszłości z rozwiniętymi instytucjami społecznymi, czy ku zawisłości z rozszarpanym rynkiem pracy, wykwalifikowanymi pracownikami oraz ekspertami z różnych dziedzin i brakiem poczucia bezpieczeństwa oraz odpowiedzialności?

Społeczeństwo, gospodarka oraz rynek pracy, zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie, pełną parą wjechały w epokę gigerów oraz gig-ekonomii.

W ostatnich latach na całym świecie trend ten zyskiwał na popularności. Ostatecznie okres pandemii diametralnie zmienił rynek pracy, przyspieszył proces rozwoju technik audiowizualnych. Gigerzy już nie są ekscentryczną mniejszością, ale powszechną i otwartą grupą przedstawicieli wielu zawodów.

Jednak definicja gig economy jest bardzo młoda. Powstała w czasach, gdy ludzie zaczęli wykorzystywać internet nie tylko do wymiany informacji, lecz także do jej przetwarzania i pracy z tym rodzajem ekonomii. Termin „gig-ekonomia” wykiełkował z muzycznego slangu. W latach 20. wykonawcy jazzowi nazywali tak jednorazowe wydarzenie muzyczne, występ na jeden wieczór. Patrząc szeroko, chodzi tu o płatne zlecenie lub pracę, którą trzeba wykonać w krótkim czasie. Z największym napędem gig-ekonomia zawsze rozwijała się w dziedzinie IT. I do dziś w tej branży taka forma zatrudnienia pozostaje najpopularniejsza. Jednak gigerzy (pracownicy wykonujący krótkoterminowę pracę) są dziś rozpowszechnieni wśród projektantów, copywriterów, artystów, dziennikarzy, nauczycieli, publicystów, prawników, fotografów, montażystów i przedstawicieli wielu innych profesji. Ta łąka na polskim rynku pracy zakwitła gęsto i różnorodnie.

Teoretycznie za pomocą aplikacji można „uberyzować” lub „gigeryzować” każdy zawód. Takich aplikacji pojawia się coraz więcej, do wyboru, do koloru i do… zawodu.

W tym „mobilnym biurze dla dwojga”, gdzie po dwóch stronach ekranu telefonu komórkowego siedzą twórca aplikacji (pracodawca) i wykonawca, najlepiej chyba czuje się ten pierwszy. Twórca aplikacji, dbając przede wszystkim o własny poziom finansowy, bierze duży procent od wykonanej pracy, a wykonawca, otrzymując za wykonaną pracę zbyt mało, pozostaje na minusie. Jest to minus z wyboru i własnej woli, ale fakt pozostaje faktem. Po drugie, pracodawca (56% pracodawców z apki tak robi) może wybrać specjalistę o wysokich kwalifikacjach, często znacznie wyższych niż poziom kwalifikacji przeciętnego pracownika biurowego.

Tę listę „pierniczków” dla pracodawcy z aplikacji można rozszerzyć. W tym na przykład:

  • elastyczność w wykorzystaniu środków – zdaniem ekspertów gig economy to zjawisko, które pozwala na płynniejsze i bardziej użyteczne wykorzystanie środków;
  • sezonowość – 45% pracodawców korzysta z usług pracowników tymczasowych zgodnie z sezonowymi potrzebami rynku;
  • zmieniające się priorytety kulturowe – zdaniem ekspertów pracownicy tymczasowi mogą sprzyjać wymianie kulturowej w biurze, wymieniać się międzykulturowymi doświadczeniami, poprawiać komunikację, ponieważ gigerami mogą być ludzie z różnych krajów, z różnych środowisk językowych lub kulturowych. I to bez wątpienia jedna z największych zalet w pracy gigerów.

Małe wielkie liczby… i perspektywa dominująca
Ilu gigerów pracowało w Polsce przez ostatnie trzy, cztery, pięć lat? Jak ich liczba wzrosła lub spadła? Co się do tego przyczyniło? Statystyki w tej kwestii są niejednoznaczne.

W 2018 roku Komisja Europejska próbowała policzyć, ilu gigerów funkcjonuje w krajach Unii Europejskiej. Spośród 14 krajów UE z takiej aplikacji korzystał co dziesiąty pracownik. Eksperci twierdzą, że liczba ta gwałtownie wzrosła w ostatnich latach, a okres pandemii jeszcze przyspiesza ten proces. Doktor Dagmara Nikulin z Politechniki Gdańskiej i doktor Maciej Beręsewicz z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu próbowali ustalić realną liczbę gigerów w Polsce. Policzyli, że na platformach takich jak Pyszne.pl liczba kurierów rowerowych podwoiła się w ciągu ostatnich dwóch lat do 14 tys., a Globo zatrudnił 7 tys. wolnych strzelców. Na koniec 2020 roku w Polsce było około 45 tys. kierowców Ubera i 40 tys. kierowców Bolta. W ciągu ostatniego roku liczby te wzrosły o 10%.

Według ekspertów w 2025 roku gigerzy będą stanowić już 20% wszystkich pracowników na rynku. Jeśli przeanalizujemy wiek i status społeczny osób, które wybierają ten rodzaj pracy, zauważymy, że są to głównie milenialsi, którzy zajęli pewną niszę na rynku i mogą w ten sposób „sprzedać” własne umiejętności eksperckie.

Jak widać, trend gig economy odważnie i stabilnie zakorzenia się na polskim rynku pracy. Ekspert z online marketingu Jakub Czapski wypowiada się w tej kwestii optymistycznie. „Szczególnie w dużych miastach pracę coraz łatwiej znaleźć dzięki aplikacjom i portalom. Na rynku dostępne są narzędzia pozwalające szukać pracy na stanowiskach specjalistycznych, ale również aplikacje z ofertami dla blue collars” (niebieskich kołnierzyków – przyp. red.). Niektóre aplikacje pozwalają znaleźć pracę bezpośrednio, na przykład Uber Eats, a niektóre są marketplacami zbierającymi oferty.

Już wiemy, że pracodawcom taki układ się opłaca. A jakie są korzyści z punktu widzenia pracowników? Przede wszystkim dostęp do wielu ofert w jednym miejscu, możliwość wybrania branży czy konkretnego miejsca pracy. System ten ułatwia też aplikowanie, bo w wielu przypadkach nie jest wymagane CV czy inne dokumenty. Tego typu pracę można porównać do towarów szybko zbywalnych – są one obarczone dużą rotacją, między innymi ze względu na młody wiek potencjalnych pracowników. To zjawisko stanowi duży problem dla pracodawców, którzy nie mogą w 100% polegać na pracownikach nie przywiązujących się do miejsca pracy. Z marektingowego punkt widzenia warto zaznaczyć, że aplikacje mobilne stworzone do poszukiwania pracy są bardzo popularne. Praca za Rogiem w Google Play ma ponad milion pobrań, Pracuj.pl tyle samo. To jednoznacznie pokazuje, że inwestycje w kampanie marketingowe, zarówno w sieci, jak i w mediach tradycyjnych, przekładają się na wzrosty. Na drugim biegunie tego zjawiska są portale nakierowane na pracę dla specjalistów w konkretnych branżach, jak Rocketjobs czy Justjoinit, stawiające na profilowanie oferty i pracowników pod kątem konkretnych branż”.

Niestety gigerzy wciąż pozostają bez ochrony prawnej, a to jest stąpanie po kruchym lodzie.  Z reguły nie mają też ubezpieczenia, dostępu do opieki medycznej ani innych gwarancji socjalnych wynikających z prawa pracy.

Jeśli giger pracuje jako osoba samozatrudniona i prowadzi jednoosobową dzialalność gospodarczą, może liczyć na liniowy podatek PIT i preferencyjny ZUS, ale tylko na początku działalności. Większość gigerów pracuje bez żadnej umowy, oprócz tej ustnej, zawartej z szefem na pierwszym i często jedynym spotkaniu.  

Ten problem zauważyli urzędnicy w krajach UE. Dlatego wspólnota już dziś komunikuje konieczność wprowadzenia zmian dla gigerów, tak aby mogli oni korzystać z przepisów prawa pracy i gwarancji socjalnych. Niestety trudno przewidzieć, kiedy ustawowe rozwiązania wejdą w życie.

Tu Unię Europejską wyprzedza Ukraina, która jest na dobrej drodze, aby takie regulacje zastosować w praktyce. Niedawno przyjęto tam ustawę DijaCity. Dzięki niej Ukraina jest dziś jedynym krajem na świecie, który wprowadził pojęcia „gig-worker” i „gig-kontrakt ” do słownika prawa pracy. DijaCity to specjalny system prawny dla branży IT, który połączy najpotężniejszy hub IT na Ukrainie oraz w Europie Wschodniej. Zgodnie z zapowiedzią nie będzie granic dla inwestycji, tworzenia miejsc pracy czy rozwoju nowych technologii. Ukraińcy i przedsiębiorcy z całego świata będą mieli możliwość szybkiego wdrożenia najbardziej ambitnych pomysłów innowacyjnych i biznesowych. Pełne wprowadzenie ustawy zaplanowano na styczeń 2022 roku. Jak to się potoczy, pokaże czas.

Giger na emigracji. Kim on jest?
 Czy zatem uda się przenieść definicję giger migranta lub migranta freelancera na pole prawne? Czy uda się wprowadzić i rozbudować ich pozycję na poziomie gwarancji socjalnych? W Polsce pracuje półtora miliona Ukraińców. Warunki pandemii zwiększają tę liczbę co pół roku, ale tylko 600 tys. Ukraińców oficjalnie płaci podatki i odprowadza składki do ZUS-u, pracując oficjalnie. Z mojego doświadczenia migracyjnego, a jestem w Polsce od około pięciu lat, mogę powiedzieć, że start w nowym kraju nie zawsze jest łatwy.

Przekraczasz granicę, mając w malutkiej walizce minimum rzeczy. Nie masz wystarczającej wiedzy o rynku pracy i nie do końca jesteś świadomy czekających cię wyzwań. Nie mówiąc o tym, że najczęściej nie znasz języka, nie masz znajomości ani zbyt dużo pieniędzy w kieszeni.  Oczywiście każda historia migracji jest inna, nie można niczego uogólniać.

 Nie jest to dobra chwila, żebym opowiadała osobistą historię. Powiem tylko, że miałam trochę łatwiej dzięki dobrej znajomości języka, dobrym przyjaciołom, którzy zawsze byli gotowi coś podpowiedzieć, pomóc i wesprzeć. Mimo to od czasu do czasu pojawiało mi się w głowie dokuczliwe jak natrętna mucha pytanie: „Boże, co ja tu robię? Jestem tu nikim i  na zawsze pozostanę nieważna”. Teraz już wiem, że tak nie jest, ale musiałam się o tym przekonać na własnej skórze.

Pierwsze dwa pytania, które stawia sobie migrant, gdy przekroczy granice innego kraju, to: „Jak mogę szybko znaleźć pracę?” (a właściwie: „Czy dostanę wynagrodzenie za wykonaną pracę?) i „ Jak mogę szybko zalegalizować pobyt?”. W poszukiwaniu zarobków trzeba przejść niekiedy przez setki prac, które nie są spełnieniem marzeń. A wykonując taką pracę, często trzeba kategorycznie bronić prawa do otrzymania na czas i w pełnym wymiarze zarobionych pieniędzy.

I tu rodzi się dylemat: czy zlecenie krótkoterminowe, na przykład z aplikacji Uber, Bolt lub Praca za Rogiem, może być dobrym rozwiązaniem na start w nowym kraju?

Iwan Tarnawski z Ukrainy pracował we Lwowie w sektorze finansowym. Do Warszawy przyjechał dwa lata temu. Obecnie pracuje jako kierowca Ubera i Bolta. Spotykamy się na stacji benzynowej Orlen na ulicy Wrocławskiej w Warszawie. Iwan właśnie umył samochód i musi go przekazać następnemu kierowcy, wygląda na zmęczonego. Mówi, że pracuje dużo za dużo.

–  Zasada działania jest prosta. Pobrałem aplikację, aplikacja wyznacza, co mam zrobić, podaje mi trasę, określa czas. No i fru! Lubię to robić, bo czuję się wolny. Mogę wybrać, ile chcę pracować, nikt nie wywiera presji, prawie nie jestem kontrolowany. Jesteś sam sobie szefem. Na tym etapie jest mi dobrze. A co będzie później, czas pokaże. Minusy, jak dotąd, widzę dwa. Nie płacą tyle, ile bym chciał. Bo naprawdę dużo pracuję. Drugi minus to brak ubezpieczenia, a to jest stresujące. Na dodatek zawsze jestem sam i nie mam z kim porozmawiać, żartować lub ponarzekać. A przecież tak się dzieje, gdy ludzie pracują razem w biurze – praca to tylko część dnia. Inna ważna część to rozmowy i firmowe życie towarzyskie. Mimo to nie planuję na razie radykalnych zmian.

Po rozmowach z rodakami i doświadczeniach pracy w Polsce w systemie platformowym, w ramach eksperymentu zainstalowałam na telefonie Prosiaczka oraz Pracuj za Rogiem, żeby sprawdzić, jak to działa. Już na początku zaniepokoiło mnie, że musiałam przesłać skany kilku stron mojego paszportu. Z jednej strony rozumiem, że twórcy apki dobierają wykonawców tak, aby wszyscy mogli bezpiecznie wykonywać swoją pracę, z szacunkiem do siebie i bez oszustw. Z drugiej jednak strony, czy może mi ktoś zagwarantować, że moje dane paszportowe będą bezpieczne? Zaryzykowałam i teraz każdego dnia otrzymuję 8–10 krótkich zamówień oraz ofert pracy do wyboru z każdej aplikacji. Instalując aplikację, poczułam, że staję się małym trybikiem w wielkim trendzie dzisiejszego świata, opartym na podejmowaniu szybkich decyzji, który zmierza w głąb zglobalizowanej przyszłości.


Tetiana Zemliakowa

Grafika ilustracyjna: Łukasz Komuda na bazie fotografii autorstwa Unsplash, źr. shockvault.net, lic. CC0